Dlaczego nie lubię chodzić do kina czyli afera łokietkowa

kino studyjne

Nie cierpię chodzić do kina, serio. Męka i katusze. Więc po głębszym namyśle wcale się nie martwiłam, że kina są zamknięte. Tak w pierwszym odruchu wywołało to mój przekorny wewnętrzny protest, że jak to! Przecież ja chcę, teraz zaraz iść właśnie do kina. 

Zacznę od najgorszego przekleństwa większości kin. Jedzenie. Śmieciowe, śmierdzące jedzenie. Żaden zdrowo odżywiający się człowiek, oprócz butelki z wodą nie znajdzie w kinowym barku zdrowego, ba nawet neutralnego jedzenia. Smród popcornu niesie się po całym kinie. Nie wiem co to za masło, ale chyba wielokrotnego użycia. 

Popcorn

Popcorn do kin trafił w czasach kryzysu w latach 20-30 XX wieku. Cena torebki popcornu wynosiła 5-10 centów, ponieważ była tania bardzo dobrze sprzedawała się pomimo kiepskich czasów. Jednocześnie, wbrew krachom trwała złota era Hollywood. Powstawał film za filmem. Sprzedawcy szybko zorientowali się, że przed kinami jest najlepsza sprzedaż.

Tylko gdzie jest to 10 centów teraz. Ceny popcornu i coli są skandaliczne. Jasne, ktoś zaraz powie: to nie kupuj. Oczywiście, że nie kupuję, ale przyjdzie rodzina z dwójką dzieci i wytłumacz im, że nie masz kasy, bo już wydałam majątek na bilety, które też nie są tanie. Ceny biletów w tygodniu premierowym są wysokie, ale tylko wtedy masz dostęp do jakiś sensownych godzin. Z tygodnia na tydzień, szanse na to, że nie będziesz łazić po mieście dla zabicia czasu, bo masz film dopiero o 20 maleją. A szef raczej nie zrozumie mojej silnej potrzeby odwiedzenia kina w porze lunchu.

Koszty

Skoro już jestem przy kosztach. W stolicy doszedł do tego jeszcze jeden, wg mnie najgłupszy i zabijający centrum miasta. Płatne parkingi do godziny 20tej. No do jasnej cholery, kto na tym skorzysta. Nie wybiorę się do kina w centrum, bo do ceny biletu będę musiała dodać parking, kawę, może jakieś ciacho, cokolwiek. To już się powoli robi ekskluzywny wieczór. Za te pieniądze wolę zrobić w domu wystawną kolację dla przyjaciół i obejrzeć film z rzutnika. Albo… poszukać lokalnego kina, bo to się już zdarza. 

No dobrze, wchodzę do kina, siadam. I nie dość, że zapłaciłam nie mało za bilety, to czeka mnie prawie 30 minut reklam. Lubiłam kiedyś chodzić na zwiastuny. Jakie to było odprężające, lekko wprowadzające w atmosferę. A teraz dostaje obuchem w głowę reklamę jakiegoś syfu, czy chce czy nie chce. Nie mów mi, że mogę przyjść te 30 minut później, bo nie mogę. Lubię wejść w atmosferę, a nie wpaść z rzeczywistości w fikcję znienacka. Muszę się rozgościć, wymościć fotel, dostroić. Nienawidzę się spóźniać i nie cierpię spóźnialskich. Nauczyłam się ich nie zabijać, ale to zawsze boli. 

Walka łokietkowa

Po jakiś 5 minutach już wiem, że jest ciasno. Nie jestem wysoka, raczej przeciętna wzdłuż  i wszerz, ale moje kolana po 40 minutach płaczą i wołają mnie do domu. Fotel jest tak tragiczny, że od razu można się rzucić na stół operacyjny ze zwichniętym kręgosłupem. To nie koniec. Często chodzę do kina sama. Lubię, nawet bardzo. Zdarza się tak, że trafiam na film dość popularny i wszystkie fajne miejsca są zajęte. Wtedy zaczyna się cicha walka na łokcie. Walka łokietkowa jest najgorszą z możliwych, bo narusza moją osobistą strefę. Kiedy sąsiad niefrasobliwie pochyla się do przodu, albo robi coś co odrywa go od podłokietnika, myk i ja już tam jestem. Sorry, muszę zdobyć choć jedną basztę, lewą albo prawą. 

Gdy już mam przyklejony co najmniej jeden łokieć, zaczynam odczuwać delikatne pukanie w fotel. Rozumiem, że się wiercą, bo fotele są ciasno zamontowane, ale doprowadza mnie to szewskiej pasji. Para po skosie otwiera paczkę chipsów i chrupie w dolby surround. Jakaś panna z przodu gapi się w telefon, a ja czuję się jak Janda w Przesłuchaniu. Ci z tyłu zaczynają komentować, sąsiad postanawia iść siku. Mam dosyć, magia kina wyparowała. 

Lodówka

Szczęście w nieszczęściu, żebym się nie ugotowała w sosie własnych nerwów, klima jest ustawiona na tak niską temperaturę, że sterczące sutki przy tym to pikuś. To jest bliższe zimowym przeżyciom Jacka Torrance’a z Lśnienia. 

Oczywiście, mam nadal w głowie romantyczny wizerunek kina na przykład z Cinema Paradiso. Pamiętam też seanse na festiwalach filmowych, które mają niesamowitą atmosferę. Tylko, że to nie kino wtedy bierze mój odbiór we władanie tylko ludzie na festiwalu. To oni tworzą tą niesamowitą, lekko podchmieloną czasami, pełną intelektualnych wywodów, czasem z dupy. I dobrze, bo dla mnie cały czas to jest tylko, aż rozrywka, nic więcej. A skoro rozrywka, to nie muszę i nie chcę się męczyć. Ma być milusio. 

Kina studyjne

Pandemia sporo zaczęła zmieniać w kinowych historiach. Wg mnie przeniesienia się do internetu przypieczętowało ich koniec w takiej formie jak dotychczas. Wielkie kinowe molochy prawdopodobnie przestaną istnieć. Dużą szansę mają, wbrew pozorom, kina studyjne, kameralne. Jeśli zainwestują we wnętrze, dobre fotele, może ciekawą restaurację, stworzą sytuacje około filmowe. Klasyczne “spotkanie z ciekawym człowiekiem” i tym podobne. Już teraz kilka takich kin istnieje, mam nadzieję, że przetrwają do lepszych czasów, kiedy wizyta w kinie będzie porównywalna z wizytą w teatrze. 

Kino domowe

A tymczasem zaczynam się kinowo urządzać we własnym zaciszu. Nie lubię narzekać dla samego narzekania. Jeśli mogę coś zmienić, to robię to i dlatego zamierzam stworzyć sobie jak najlepsze warunki (w granicach możliwości finansowych ofkors) do oglądania filmów. Nie jestem maniaczką wysokich jakości. Od filmów 3D boli mnie głowa, wyśrubowanych dźwięków nie słyszę, połowy wypasionego obrazu nie zobaczę. Przy dobrym filmie, przy filmie, który ma mnie uwieść, jakość obrazu nie ma znaczenia. Jak kochanek w zalotach, miła aparycja owszem, ale po co mi zimny pusty adonis, posąg nie człowiek, istota nierealna. Widok za oknem nie jest wysokiej rozdzielczości. A ja wierzę, że filmowcy nadal umieją pobudzać zmysły innymi metodami, niż tylko jakością obrazu. 

Musiałam z siebie wyrzucić kinowe rozterki, które tak na prawdę są wołaniem o pomoc. Ponieważ chcę chodzić do kina, kina marzeń. Nie ma nic lepszego niż odcięcie, które daje kino. Tylko tam jest wehikuł czasu, który zabiera mnie gdzie tylko chcę. W domu tego nie ma, ani przed komputerem, ani przed telewizorem, rzutnikiem, wypasami wszelkiej maści. Chce więcej takich kin, jak Muranów, Iluzjon, czy moja lokalna Stacja Falenica. To są kina z których warto brać przykład. Kina studyjne mają przyszłość.

Masz swoje kinowe krzywdy do wyrzucenia, czy wręcz przeciwnie zawsze jest perfekcyjnie?

ps. tutaj znajdziesz wpis o dawnych kinach warszawskich

Recommended Articles