Czy siedzenie w ciemności łączy ludzi – Zygmunt Kałużyński biografia

Zygmunt Kałużyński

Zygmunt Kałużyński – jeden z najpopularniejszych krytyków filmowych XX wieku. A dla mnie przez wiele lat jedyny, guru i czarodziej, a może raczej błazen kina. Jego duet z Tomaszem Raczkiem “Perły z lamusa” na zawsze sprawił, że postrzegałam kino inaczej. Zapadłam na chorobę, manię, z której nie mogę się do dzisiaj wyzwolić, na kinomanię. 

Pomimo bardzo bardzo młodego wieku, byłam nim zafascynowana. Spijałam słowa z jego ust. Jego gestykulacja, mimika! Był chyba jedynym żywym człowiekiem w telewizorze. Reszta to smutne gadające głowy, stąd może przykuwał mnie do ekranu. Czasem nawet ważniejsze było dla mnie to co powie o filmie, niż sam film. To było jak teatr, autokreacja, ukrywanie się pod maską dziwaka, co było jego sposobem na permanentny stan wolności. Z czego oczywiście sobie nie zdawałam sprawy. Jak z wielu rzeczy wtedy. Nie istotne było dla mnie czy był brudasem, czy komunistą, czy żył w kontrze do wszystkich i wszystkiego. Liczyło się tylko to jak mówił o filmach. 

Kino z korytarza

Rodzice często nie pozwalali mi oglądać tzw. filmów dla dorosłych, ale pozwalali przynajmniej wysłuchać co mówił Zygmunt Kałużyński i Raczek przed. Film tak czy owak oglądałam w ciemności z korytarza za urokliwymi paskami z tworzywa sztucznego. A w chwili zagrożenia udawałam, że idę do łazienki, która była po drodze. 

Dużo później czytałam jego książki i zachwycałam się erudycją i oryginalnym spojrzeniem na świat kina i kultury w ogóle. Kiedy coś mu się podobało nie szczędził pochwał i komplementów. A kiedy nie, nie zostawiał na filmie suchej nitki, był bezwzględny. 

To od niego nauczyłam się doceniać elementy, fragmenty filmu, niekoniecznie komplementując cały film. Doceniać szczegóły, wyłapywać smaczki. Najgorszy film, może mieć najpiękniejszą scenę, która zostaje na całe życie. 

“Są filmy znakomite, które nie nadają się do oglądania, oraz kompletne szmiry, które koniecznie trzeba zobaczyć.”

Dopiero gdy wyszła biografia, zaczęłam się interesować życiem znanego krytyka. Pierwsze co mnie zaskoczyło to zdjęcia z młodości. Kałużyński w młodości był niezwykle przystojnym mężczyzną. Miał opinię kobieciarza i erotomana. Co niektórzy twierdzą, że jest tylko miejską legendą. A przecież dwie żony jeszcze nie przesądzają sprawy. Pierwsze nieudane małżeństwo z Julią Hartwig i drugie zakończonym dramatycznie, z Eleonorą Griswold, która rzuciła go dla Aleksandra Forda. 

Dowiedziałam się o jego konfabulacjach, zmyślaniu, nie tylko swojego życiorysu, ale też fragmentów filmów. Zmyślał nawet w przypadku wybitnych filmów jak Obywatel Kane, Orsona Wellesa. Co ciekawe, te wymyślone wersje miały często ciekawszą fabułę niż oryginały. 

„Współczesny obywatel ma jeden życiorys; ja miałem ich sześć, każdy inny.”

W książce jest jeden fragment, który ogromnie mnie rozbawił. Dotyczy oczywiście kulinariów. 

“Między innymi wuj ostrzegał mnie przed zamawianiem w restauracji potraw, które nie znajdują się w karcie, co mogło być rujnujące. Jako przykład mający odstraszyć służyła opowieść, długa i szczegółowa, o rejencie Wąsowskim z Łęcznej, który przyjechał do Resursy Kupieckiej i miał kaprys, bo zachciało mu się kompotu, którego nie było w menu. (…) Weszło ośmiu kuchcików rzędem, jeden niósł ananasy kandyzowane w gałce muszkatołowej, drugi banany duszone w trzcinie cukrowej itp., zmieszali to wszystko, było to obrzydlistwo, ale rejent zjadł, bo mu było wstyd, i zapłacił tyle, że musiał sprzedać ogród warzywny, zapożyczył się do końca życia, zmienił zawód i założył wypożyczalnię książek (co oznaczało upadek).”

Potrafił jak nikt inny przekazywać niezwykle ciekawe spostrzeżenia i analizy filmów nie popadając w akademicką nudę, do której często mają skłonność krytycy i filmoznawcy. Pomimo ogromnej wiedzy, oczytania, zawsze pisał dla zwykłego człowieka. Nie przebierał w słowach, słynął ze swojego ciętego dowcipu. 

Swawolny Zyzio

Do perfekcji doprowadził swój wizerunek buntownika, przez niedbały wygląd, wiecznie opadające spodnie, mimikę i gestykulację. Czy częste drapanie się po głowie. Większość widzów na pewno pamięta choćby jego głębokie ukłony. A te słynne kłótnie o filmy w programie “Sam na sam”. Na youtubie jest nadal dostępna utarczka z Jerzym Antczakiem. 

““Artysta ma prawo zgwałcić historię, pod warunkiem, że zrobi jej dziecko” – jak powiedział stary Dumas (…) Wygląda na to, że Nieboszczyk Prus istotnie zgwałcony został; dziecka mu jednak nie zrobiono; film wypadł teatralny i cierpi na brak temperatury.”

Na młodzieży oglądającej Kałużyńskiego we fragmentach na YouTubie, to zapewne nie zrobi takiego wrażenia, jakie robiło na moim pokoleniu. 

Nie ma i nie będzie już tak bezkompromisowego krytyka, kogoś kto będzie naruszał piedestały, które podbudowały sobie gwiazdy kina. Teraz wszyscy oficjalnie biją sobie brawo, nikt nie ma odwagi jak Zygmunt Kałużyński być w kontrze oficjalnie. Inna sprawa, że Kałużyński przeszedł samego siebie. Doszedł do momentu w którym krytykował dla samego krytykowania, dowalał wszystkim, słusznie czy nie. Zraził do siebie całe środowisko filmowe. 

Łobuz krytyczny

Czytanie Marksa i popieranie państwa socjalistycznego to jedno. Niestety gwoździem do trumny stała się informacja o współpracy z SB. Nie będę się na ten temat rozwodzić. Zachęcam do lektury książki, ponieważ temat jest w niej skrupulatnie opisany.

W książce znajdziecie również zabawną historię o spotkaniu przez Kałużyńskiego Marleny Dietrich, ale nie zdradzę wam o co chodziło z cukiernicą. Podobnie z tajemniczą zupą Liv Ulmann, z która łączyło Zygmunta Kałużyńskiego coś więcej, a co zaważyło na jego podejściu do filmów Bergmana. 

Zupa rakowa

Przytoczę jeszcze tylko jeden fragment dotyczący odżywiania się pana Zygmunta, który po likwidacji barów mlecznych przerzucił się na hot dogi i hamburgery:

“(…) były to zakłady, które miały życie środowiskowe, nie mówiąc o potrawach, np. naleśniki z serem zawsze były przyzwoite, w odróżnieniu od tłustej glinki z zamrażalnika podawanej w McDonaldach.”

“Lubił zupę rakową – jeździł specjalnie do restauracji Baszta w Pyrach, gdzie serwowano taki specjał.”

Zygmunt Kałużyński był niezwykle inteligentny, ale też delikatnie mówiąc skomplikowany. Nie wiadomo co było prawdą, a co prowokacją. Nawet po lekturze biografii, ciężko mi jednym zdaniem podsumować jego osobę. Jego teksty o filmach nadal świetnie się czyta, skrzą się talentem, błyskotliwością i humorem. Nie ma mowy o przemilczeniu wyskoków i błędów, ale i tak zostanie dla mnie kimś wyjątkowym. Człowieka, który kochał kino, ale nie mógł żyć bez muzyki, kolekcjonera porcelany. Te kruche i delikatne aspekty swojego życia trzymał w ukryciu przed światem. Zazdroszczę Tomaszowi Raczkowi tej przyjaźni. On jedyny poznał krytyka naprawdę, bez maski, bez udawania, grania, na backstage’u. 

Jeśli też lubisz siedzieć w ciemności obserwuj mnie na Instagramie albo na Facebooku. Będę bardzo rada!

ps. Tekst został napisany w oparciu o książkę: „Pół życia w ciemności. Biografia Zygmunta Kałużyńskiego.” Wojciech Kałużyński.

Recommended Articles