Cóż za piękny dzień w chińskiej restauracji

Cóż za piękny dzień

Cóż za piękny dzień opowiada o rodzącej się przyjaźni między Fredem Rogersem (Tom Hanks) a cynicznym dziennikarzem Tomem Junod (przemianowany na Lloyd Vogel w filmie i grany przez Matthew Rhysa), który ma z nim przeprowadzić wywiad. 

Cóż za piękny dzień prawdopodobnie większe wrażenie robi na na widzach amerykański, którzy wychowywali się na programie Freda Rogersa. Jest to jednak bez znaczenia, ponieważ film dotyka uniwersalnych problemów. Nie znam nikogo spośród moich znajomych, kto nie miałby powodów, do wyrzutów w stosunku do swoich rodziców. Nie twierdze, że idealne rodziny się nie zdarzają, ale to jest 1 na 100 góra. Jesteśmy mistrzami w maskowaniu niewygodnych spraw i życiu w kłamstwie i wypieraniu tego wszystkiego. Wszyscy kwalifikujemy się na kozetkę do psychologa. 

Wracając i w skrócie, pan Rogers przez lata zachęcał dzieci, do tego, żeby uczyły się swoich emocji, umiały je rozpoznać, rozmawiać o nich i radzić sobie z nimi. Nigdy nie słyszałam o Rogersie, a tym bardziej o Tomie Junod i nawet średnio chciało mi się oglądać ten film, ale obejrzałam w swoim życiu wszystkie filmy z Tomem Hanksem, więc i ten poszedł pod topór. Byłam tak samo podejrzliwie nastawiona do filmu jak Lloyd do Freda. 

Depression is rage turned inward. Forgive is to release the anger for someone or something. 

I… uległam, zmiękłam jak ten dziennikarz, pod wpływem Rogersa. Poczułam się ważna, dla tego jedynego rozmówcy, z ekranu, poświęcił mi całą swoją uwagę, więc i ja dałam mu całą swoją. W filmie jest wiele “łzawych” momentów, ale nie zniechęcajcie się, ponieważ całość okryje was ciepłym kocem i przytuli. 

Jest taka scena…

W tej scenie Roger i Lloyd siedzą w chińskiej restauracji w Pittsburghu (prawdziwej, nazywa się The Mandarin Gourmet Restaurant). Nie widzimy co zamówił Fred, ale odpowiada Lloydowi, który mówi, że nie wiedział, że jest wegetarianinem, że nie zjadłby niczego co ma matkę. 

Notabene Fred Rogers naprawdę był wegetarianinem. Zrezygnował z mięsa w 1970 roku, kiedy zmarł jego ojciec. Został też współwłaścicielem magazynu Vegetarian Times. 

Fred i Lloyd siedzą w gwarnej restauracji, pora lunchu, szczękają naczynia, pobrzękują sztućce. Wtedy Fred prosi dziennikarza, żeby poświęcił minutę ciszy i pomyślał razem z nim o wszystkich ludziach, którzy pomogli mu stać się tym, kim jest. Wszystko cichnie, rozmowy, naczynia zamierają, a ja już nie płaczę, wylewam z siebie wodospady łez.

Nie skupiajcie się tylko na fabule, która oczywiście jest potrzebna, bez niej nie byłoby historii. Starajcie się patrzeć głębiej, co stoi za tymi ludźmi, za ich postawami, decyzjami. Jak my się mamy w tym bezdusznym i punktującym nas życiu. Ilu spotkaliśmy na swojej drodze, ciepłych i serdecznych ludzi, dla ilu my mamy tak naprawdę czas. Taki stuprocentowy czas tylko dla nich, bez gapienia się w telewizor, czy telefon, czy w ogóle umiemy tak spędzać czas. Czy umiemy być bezinteresownie serdeczni, ciepli? 

Dzisiaj krótko, ale intensywnie. Czasem warto zajrzeć głębiej, nawet dzięki przeciętnemu filmowi, bo nie mówię, że to dzieło wybitne, ale ważne, istotne, poruszające i dające nadzieję. A tego nam w obecnym czasie potrzeba w nadmiarze. 

Cóż za piękny dzień | A Beautiful Day in the Neighborhood, 2019, reż. Marielle Heller

Po więcej ciekawostek, smaczków i innych filmowo-kulinarnych delikatesów zapraszam do obserwowania bloga Kino i Kuchnia na facebooku albo na instagramie

Recommended Articles